autor: Teresa Bochwic
tytuł: Brylant
wydawca: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Warszawa i Instytut Literatury
miejsce wydania: Warszawa
data wydania: listopad 2020
nr wydania: I
liczba stron: 192
format: 125×200 mm
numer ISBN: 978-83-66359-89-5 oraz 978-83-938439-4-7
rysunki: Joanna Sendłak
cena: 30,00 zł

Redakcja tomu: Zbigniew Zbikowski
Korekta: Małgorzata Strękowska-Zaremba
Projekt graficzny i skład: Tunia

Redakcja serii:
Piotr Müldner-Nieckowski
Anna Nasiłowska
Małgorzata Karolina Piekarska


O książce:

Opowiadania Teresy Bochwic dotyczą różnych okresów PRL – lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, okresu pierwszej Solidarności i Polski tuż po transformacji ustrojowej. Użyte w podtytule określenie „opowiadania prawdziwe” można by opatrzyć przysłówkiem – boleśnie prawdziwe. Prawdziwy jest nastrój, trafne są obserwacje obyczajowe. Czasami autorka sięga po wątki autobiograficzne. Książka odsłania sprawy z przeszłości, które nie zostały jeszcze dobrze opisane.

Anna Nasiłowska

Mało mamy literatury, która ułatwia rozumienie PRL-u, komuny i wczesnej postkomuny, czasów osobom młodym już nieznanych. A jest niesłychanie potrzebna, inaczej nie będziemy pojmowali tego, co się dzieje teraz i co się stanie wkrótce. Proza Teresy Bochwic, bezpretensjonalna, naturalna, pisana żywo, z tym koniecznym uszczypliwym brzmieniem niemal każdego zdania, wypełnia tę lukę, doskonale odtwarzając klimaty tamtych lat. Przypomina ówczesne problemy, sposób myślenia ludzi, którzy na komunizm dali się nabierać, ale i tych, którzy się nań nie godzili. Niezapomniane sceny, sylwetki ludzi, uwagi, słówka. W czasie lektury tych opowiadań, choć większość to fikcja literacka, chce się co chwila mówić: „Tak było!”.

Piotr Müldner-Nieckowski

O autorce:

Teresa Bochwic – działaczka opozycji politycznej w PRL, dziennikarka, publicystka, nauczyciel akademicki. Ukończyła filozofię na UW (1971), doktor nauk humanistycznych w zakresie pedagogiki (2007), pracowała w Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy (1991) i w Kancelarii Premiera Jerzego Buzka (1998-1999). W 2016 powołana przez Senat RP na członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.
Członkini Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Stowarzyszenia Polska Jest Najważniejsza.
Autorka książek: Walka „Solidarności” o społeczny kształt oświaty w Polsce (1986), Sama z dziećmi (1994), Narodziny i działalność Solidarności Oświaty i Wychowania 1980-1989 (2000), III Rzeczpospolita w odcinkach. Kalendarium 1989-2004 (2005).
Wydała wspomnienia swojej matki, Anny Rudzińskiej, O moją Polskę (2003 i 2011).


„Świniak” 

(Fragment opowiadania) 

Obok Pawła szła wysoka, ładna nauczycielka w sukni z cienkiej, tandetnej wełenki, takiej samej, jaką miała żona Pawła. Podał jej tacę z chlebem i solą.

Zapytał o dziwny wygląd chłopca, który witał ich na progu. Wychowawczyni zawołała chłopaka, a kiedy przybiegł, złapała go mocno za ucho i wykręciła je.

– Przybiega się od razu na wołanie, urwisie, wychowaj się wreszcie! Pan się tobą interesuje, pan z Warszawy! Nie widzisz, no, przedstaw się ładnie panu dyrektorowi!

– Nie jestem dyrektorem – powiedział szybko Paweł. Chłopiec wymienił swoje imię i nazwisko. Nauczycielka puściła jego ucho i podała mu tacę z chlebem i solą. Posłusznie szedł dalej obok. Zwróciła się do Pawła.

– Pewnie chodzi panu o te jego oczy? – Nie zwracała uwagi na to, że chłopiec idzie obok, jakby nie słyszał, że to o nim mowa. – No cóż, to są tak zwane sieroce oczy. Takie… puste, prawda?

– On… nie ma rodziców? – zapytał Paweł z wahaniem.

– No, mieć to ma, jak prawie wszystkie dzieci tutaj. Teraz już nie ma sierot – zaśmiała się. – Ludzie nie umierają tak jak dawniej. Teraz im się dzieci nudzą, to i podrzucają nam te jaja. Ile u nas jest sierot? – zwróciła się do chłopca.

– No, Janek, Malczycki, Właś… – wyliczał.

– Tak, parę sztuk, nie więcej niż dziesięcioro. I to przeważnie z tych starszych. No, powiedz panu, ile ty masz lat.

– Piętnaście – odburknął chłopiec.

– A kim chcesz zostać? – Paweł miał nadzieję, że chłopiec powie „kosmonautą” czy czymś w tym rodzaju, że te dzieci mają jakieś marzenia.

– Milicjantem. – Chłopiec uśmiechnął się szeroko i po raz pierwszy jego oczy nabrały wyrazu.

– Dlaczego? – zdziwił się Paweł. – Lubisz pilnować innych?

– Nie o to chodzi – odrzekł chłopiec. – Po piętnastu latach pracy można przejść na emeryturę. Stuprocentową.

W dużym chłodnym pokoju siedziało na podłodze ze trzydzieścioro paroletnich dzieci ubranych po niemowlęcemu. Wszystkie rytmicznie kiwały się w przód i w tył. Na widok wchodzących jak na komendę zaczęły wszystkie wołać:

– Mama! Mama! Zabierz!

– Dlaczego tak się kiwają? – zapytał Paweł wychowawczynię.

– Och, to? To po prostu choroba sieroca – odrzekła.

Paweł zauważył w pobliżu dyrektora Wrzaska. Ten wykazywał rosnące zniecierpliwienie. Dyrektor obiektu usiłował go zainteresować poszczególnymi salami, jakimiś pracami wychowanków, mówił coś o konieczności wymiany rur, ale w końcu zauważył, że naraża się tym zwierzchnikowi i dał za wygraną.

Zaprowadzili gości do dużej świetlicy. Wszyscy zaczęli siadać, ale Wrzask powstrzymał ich gestem:

–  Nie rozsiadać mi się! Zaraz odjeżdżamy!

Nauczycielki zerwały się jak oparzone z krzeseł, stłoczyły się przy drzwiach. Gruby usiadł za stołem i sapnął w stronę Wrzaska, który także usiadł:

– No i jak, panie dyrektorze?

– Dostaniecie dwieście tysięcy – powiedział Wrzask.

Pawła sam dźwięk takiej sumy przyprawił o zawrót głowy. Boże, pomyślał, żebym tak ja dostał chociaż dwadzieścia, co tam, choć dwa tysiące…

– Kochany. – Gruby skulił się prosząco. – Nie da rady, bez ośmiuset tysięcy nawet nie warto gadać. Widział pan dyrektor, to są skutki oszczędności. – Przejechał palcem wzdłuż pęknięcia na ścianie. – To było robione za trzysta i co? Już się sypie! A to na przecież tylko pół roku! Trzeba dołożyć dwieście do samej reperacji murów, bo się cały dom rozleci. Lepiej włożyć dwa razy więcej forsy i mieć spokój na parę lat. Biedaka nie stać na tandetę, a my wszyscy biedaki – uśmiechnął się pomyślnie.

Wrzask zmrużył oczy, ciemne szczotkowate wąsiki poruszyły mu się nad wargami. Popatrzył na szparę w ścianie. Wyraz twarzy mu zmiękł. Spojrzał na grubego przeciągle.

– Nooo, powiedzmy, pół miliona? – Obecni westchnęli. Gruby uśmiechnął się jeszcze milej.

– Panie dyrektorze kochany, przecież to nie z pana kieszeni idzie i nie do prywatnej pójdzie. Przecież to sierotki, niech pan się zlituje nad ich biedą!

Chłopiec z pustymi oczami patrzył ironicznie znad tacy. Nauczycielki przestępowały z nogi na nogę. Podłoga skrzypiała.

– Im nikt nie da, panie dyrektorze, jak pan nie da – wtrąciła się do rozmowy ładna wychowawczyni, szturchnięta przed chwilą nieznacznie przez grubego.

Wrzask spojrzał na jej nogi. Spochmurniał.

– Siedemset tysięcy i ani grosza więcej. Ja też mam limity.

Gruby odbił się od krzesła jak piłka i podskoczył radośnie do kolan dyrektora. Zdawało się, że zaraz przed nim uklęknie.

– Często pan wysyła personel na szkolenia? – zapytał Wrzask od niechcenia. – Posłałby ich pan do miasta, choćby do nas, do Warszawy, niech się trochę otrzaskają, trzeba ich też uczłowieczać. Pani przyjechałaby do nas na delegację, prawda? – zwrócił się do wychowawczyni w sukience żony Pawła.

– Oj! – zarumieniła się z radości. – Warszawa! Żebym mogła…

– Jak to? – zapytał sucho Wrzask. – Pan dyrektor ma obowiązek szkolić pracowników. Wydeleguje panią, jak będzie szkolenie dla pedagogów domów dziecka. Pani młoda, powinna się jeszcze pani wiele nauczyć. Tak, tak, przed młodzieżą cała przyszłość.

Klepnął wychowawczynię w plecy, aż kurz poleciał z sukienki.

– No, ale komu w drogę, temu czas! Wyjeżdżamy!

Nauczycielki utworzyły szpaler i przepuściły Wrzaska, Wilczka i Pawła do drzwi. Ostatni wyszedł gruby dyrektor domu, szepcząc coś do zaczerwienionej wychowawczyni. Znikli oboje w jakiś drzwiach.

Na dworze uderzyło ich świeże, mroźne powietrze. Wyjrzało słońce.

Nauczyciele popędzili w stronę autokaru, Wilczek i Wrzask skierowali się do samochodu.

– A pan dokąd? – zagadnął Wrzask Pawła, kierującego się do autokaru – pan jedzie z nami.

Paweł chwilę się wahał, ale pomyślał, że w końcu w tę stronę jednak jechał, więc…

Usłyszeli wołanie od wejścia budynku. Odwrócili głowy. Na progu stał gruby dyrektor z ładną wychowawczynią. Trzymali razem duży, podłużny, pakunek, owinięty w kilka warstw białego papieru. Pomagał im z wyraźnym wysiłkiem chłopiec, który chciał być milicjantem. Pozbył się już swojej tacy. Na dole pakunek zwężał się gwałtownie. Paweł zobaczył wystające stamtąd dwie różowe raciczki.

– Panie dyrektorze! – zwrócił się gruby do zdumionego Wrzaska. – Tu jeszcze drobny upominek dla pana dyrektora.

Wrzask rozejrzał się. Wiele osób wyglądało z autokaru, patrzył też Paweł i kilka osób, które jeszcze nie zdążyły przejść przez błocko.

– To dla mnie? Ależ to niepotrzebne, panie dyrektorze!  No, dobrze, przyjmuję, bo nic o tym nie wiedziałem, zanim przyznałem panu pieniądze. Państwo są świadkami, że nie ma przekupstwa.

Chóralnie odpowiedziano mu:

– Ależ skąd!

Wilczek nachylił się do Pawła.

– Ale mu się trafiło, co? Był przeznaczony dla Głupczyka, ale skoro tamten nie przyjechał…

– Panie Pawle… – Wrzask zrobił proszący gest.

Paweł podszedł pomóc mu włożyć pakunek do bagażnika. Spojrzał na wymykającego się z papieru prosiaka.

– Młody. Dobre, świeże mięsko – powiedział. – No i ładny grosz. Ile to może ważyć? Dwadzieścia, trzydzieści kilo? Licząc po sto dwadzieścia za kilogram…

Wrzask upychał świniaka w bagażniku.

– No i nie chce się zmieścić, cholera jasna. Więcej kłopotu niż pożytku…

– Panie dyrektorze – powiedział gruby – on jest przecięty na połówki, podzielimy, to się zmieści.

Rozwinął prosiaka, jedną część wręczył Pawłowi, drugą upchnął w poprzek między kołem zapasowym a karoserią. Paweł stał z oślizgłym, pachnącym krwią prosiakiem w ramionach. Miał przez chwilę wrażenie, że to zwłoki Głupczyka. Z jednej strony obrzydliwe, z drugiej jednak przyjemne.

Wrzask spojrzał na niego i roześmiał się.

– Do twarzy panu z tym prosiakiem. Wie pan co? Dla mnie całość to za dużo. Niech pan będzie tak dobry, przyjmie ode mnie tę połówkę. Pan, przyjaciel ministra, nie odmówi pan przecież.

Wilczek spojrzał na Wrzaska wściekłym wzrokiem. Paweł zauważył to.

– Ależ dziękuję, w żadnym wypadku, mnie się nie należy, proszę, tu dyrektor Wilczek byłby poszkodowany…

– Nigdy w życiu! – zawołał Wilczek. – Ja… ostatnio żona kupiła gdzieś na wsi całego świniaka, mamy dość mięska! Bardzo proszę nie robić przykrości panu dyrektorowi!

Paweł bezradnie trzymał połówkę świniaka. No i co, pomyślał, gruby nie weźmie z powrotem, ta ładna nawet go sama nie udźwignie, zresztą nie mogę oddać czegoś, co w końcu było przeznaczone dla Wrzaska. A temu oddać? To mi odrzuci jak piłkę. Wszyscy z autokaru obserwowali te scenę. Idiotyczna sytuacja, wygłupiłbym się.

Nic nie powiedział więcej, Wrzask przejął z rąk Pawła ślizgający się ładunek. Ułożył paczkę wzdłuż bagażnika, obok toreb z rzeczami.

– Dobrze, że tak zimno, nie zepsuje się, i tak ogrzewanie wysiadło – powiedział.

Pożegnali się z dyrektorem i wychowawczynią, chłopiec ulotnił się. Usadowili się w samochodzie. Wrzaskowi zły humor spadł z twarzy razem z trzaśnięciem drzwiczek. Usiadł z tyłu, obok dyrektorki domu dziecka z Pogórza, która musiała tu widocznie wsiąść wcześniej. Kurator gdzieś zniknął. Paweł usiał obok Wilczka, który nadal prowadził.

– Diabli by go wzięli – żachnął się Wrzask, przekręcając kluczyk. – Wycyganił w końcu te pieniądze. Człowiek ma takie miękkie serce dla tych wszystkich sierot! No, prędko do Warszawy, Wilczek, dość tej poniewierki, trzeci dzień tracę. Widział pan, jaki bezczelny typ? I tak połowę z tego ukradnie. Ta willa w głębi za ogrodem zakładowym, to za co on ją buduje? Za te pięć osiemset pensji? Plus to, co ukradnie ze stołu? Jeszcze dopłacał przedsiębiorstwu budowlanemu, żeby przy remoncie były usterki, bo mógł teraz wycyganić dalsze fundusze. I człowiek musi tu tyle forsy przyznać, żeby i willę wykończył, i coś dla tych sierot zostało. Ja ich znam, psie nasienie! Skurrrr…!

Paweł widział kątem oka, jak dyrektorka z Pogórza sadowi się i mości obok Wrzaska. Rozpięła kożuszek, a Wrzask odwrócił się do niej całym ciałem. Czuł wzrastający wstręt do tego człowieka. Po co przyjąłem to ścierwo, co ja z tym teraz zrobię? Pocieszało go tylko to, że nadal nienawidzi Wrzaska i całej jego paki, brzydził się nimi. Po chwili pomyślał o żonie, o córce, tak dawno nie jedli świeżej wieprzowiny; teściowa może zapekluje szynkę, będzie akurat na święta, a żona mu zawsze wyrzuca, że taki niezaradny, nie potrafi nic dodatkowo załapać, nawet nie wie, że mogłaby to wszystko mieć przy Głupczyku, ale za jaką cenę, nie wie, że Paweł uchronił ją przed płaceniem tej ceny. A on – no, rzeczywiście, ledwie mu się korepetycje udało złapać, a i to kolega mu ustąpił.

Zresztą, pomyślał, prosiak stworzenie apolityczne, a lepiej już, żeby Marzenka go zjadła niż wypasione bachory dyrektorskie.

Wilczek zapuścił silnik. Z autobusu wychylił się kierowca i krzyknął w kierunku samochodu dyrektorów:

– Dokąd?

Ostatni uczestnicy sympozjum brnęli do autokaru w żółtej, częściowo tylko zamarzniętej glinie, przemieszanej z wapnem i żwirem. Skakali przez kałuże, usiłowali przedostać się na kamienie. Nogi mieli coraz bardziej upaprane błockiem. Paweł z ulgą pomyślał, że zaoszczędzi butów. „No, ja się przynajmniej nie uświniłem”, pomyślał. Wrzask przyglądał się całej scenie przez chwilę, wreszcie roześmiał się.

– Właśnie, dokąd? – zapytał Wilczek.

– Mieliśmy jechać do Ostrowic, to ten drugi zakład. Z izbą pamięci, czy jakoś – powiedziała dyrektorka z Pogórza.

– Do Ostrowic! – Wilczek wychylił się przez okno w stronę autokaru. Autokar ryknął silnikiem, ostatni guzdralscy wskakiwali co prędzej. Ruszył z niedomkniętymi drzwiami, na których zawisła na chwilę jedna z kobiet. – A my?

– Na razie jedź pan za nim do skrzyżowania, dalej zobaczymy – powiedział Wrzask, z uwagą przyglądając się, jak mężczyźni w autokarze wciągają do środka kobietę. Zadarła sobie spódnicę i widać było podarte pończochy z werżniętymi podwiązkami na udach. Błysnęły różowe majtki, potem drzwi autokaru zatrzasnęły się.

Obok Pawła szła wysoka, ładna nauczycielka w sukni z cienkiej, tandetnej wełenki, takiej samej, jaką miała żona Pawła. Podał jej tacę z chlebem i solą.

Zapytał o dziwny wygląd chłopca, który witał ich na progu. Wychowawczyni zawołała chłopaka, a kiedy przybiegł, złapała go mocno za ucho i wykręciła je.

– Przybiega się od razu na wołanie, urwisie, wychowaj się wreszcie! Pan się tobą interesuje, pan z Warszawy! Nie widzisz, no, przedstaw się ładnie panu dyrektorowi!

– Nie jestem dyrektorem – powiedział szybko Paweł. Chłopiec wymienił swoje imię i nazwisko. Nauczycielka puściła jego ucho i podała mu tacę z chlebem i solą. Posłusznie szedł dalej obok. Zwróciła się do Pawła.

– Pewnie chodzi panu o te jego oczy? – Nie zwracała uwagi na to, że chłopiec idzie obok, jakby nie słyszał, że to o nim mowa. – No cóż, to są tak zwane sieroce oczy. Takie… puste, prawda?

– On… nie ma rodziców? – zapytał Paweł z wahaniem.

– No, mieć to ma, jak prawie wszystkie dzieci tutaj. Teraz już nie ma sierot – zaśmiała się. – Ludzie nie umierają tak jak dawniej. Teraz im się dzieci nudzą, to i podrzucają nam te jaja. Ile u nas jest sierot? – zwróciła się do chłopca.

– No, Janek, Malczycki, Właś… – wyliczał.

– Tak, parę sztuk, nie więcej niż dziesięcioro. I to przeważnie z tych starszych. No, powiedz panu, ile ty masz lat.

– Piętnaście – odburknął chłopiec.

– A kim chcesz zostać? – Paweł miał nadzieję, że chłopiec powie „kosmonautą” czy czymś w tym rodzaju, że te dzieci mają jakieś marzenia.

– Milicjantem. – Chłopiec uśmiechnął się szeroko i po raz pierwszy jego oczy nabrały wyrazu.

– Dlaczego? – zdziwił się Paweł. – Lubisz pilnować innych?

– Nie o to chodzi – odrzekł chłopiec. – Po piętnastu latach pracy można przejść na emeryturę. Stuprocentową.

W dużym chłodnym pokoju siedziało na podłodze ze trzydzieścioro paroletnich dzieci ubranych po niemowlęcemu. Wszystkie rytmicznie kiwały się w przód i w tył. Na widok wchodzących jak na komendę zaczęły wszystkie wołać:

– Mama! Mama! Zabierz!

– Dlaczego tak się kiwają? – zapytał Paweł wychowawczynię.

– Och, to? To po prostu choroba sieroca – odrzekła.

Paweł zauważył w pobliżu dyrektora Wrzaska. Ten wykazywał rosnące zniecierpliwienie. Dyrektor obiektu usiłował go zainteresować poszczególnymi salami, jakimiś pracami wychowanków, mówił coś o konieczności wymiany rur, ale w końcu zauważył, że naraża się tym zwierzchnikowi i dał za wygraną.

Zaprowadzili gości do dużej świetlicy. Wszyscy zaczęli siadać, ale Wrzask powstrzymał ich gestem:

–  Nie rozsiadać mi się! Zaraz odjeżdżamy!

Nauczycielki zerwały się jak oparzone z krzeseł, stłoczyły się przy drzwiach. Gruby usiadł za stołem i sapnął w stronę Wrzaska, który także usiadł:

– No i jak, panie dyrektorze?

– Dostaniecie dwieście tysięcy – powiedział Wrzask.

Pawła sam dźwięk takiej sumy przyprawił o zawrót głowy. Boże, pomyślał, żebym tak ja dostał chociaż dwadzieścia, co tam, choć dwa tysiące…

– Kochany. – Gruby skulił się prosząco. – Nie da rady, bez ośmiuset tysięcy nawet nie warto gadać. Widział pan dyrektor, to są skutki oszczędności. – Przejechał palcem wzdłuż pęknięcia na ścianie. – To było robione za trzysta i co? Już się sypie! A to na przecież tylko pół roku! Trzeba dołożyć dwieście do samej reperacji murów, bo się cały dom rozleci. Lepiej włożyć dwa razy więcej forsy i mieć spokój na parę lat. Biedaka nie stać na tandetę, a my wszyscy biedaki – uśmiechnął się pomyślnie.

Wrzask zmrużył oczy, ciemne szczotkowate wąsiki poruszyły mu się nad wargami. Popatrzył na szparę w ścianie. Wyraz twarzy mu zmiękł. Spojrzał na grubego przeciągle.

– Nooo, powiedzmy, pół miliona? – Obecni westchnęli. Gruby uśmiechnął się jeszcze milej.

– Panie dyrektorze kochany, przecież to nie z pana kieszeni idzie i nie do prywatnej pójdzie. Przecież to sierotki, niech pan się zlituje nad ich biedą!

Chłopiec z pustymi oczami patrzył ironicznie znad tacy. Nauczycielki przestępowały z nogi na nogę. Podłoga skrzypiała.

– Im nikt nie da, panie dyrektorze, jak pan nie da – wtrąciła się do rozmowy ładna wychowawczyni, szturchnięta przed chwilą nieznacznie przez grubego.

Wrzask spojrzał na jej nogi. Spochmurniał.

– Siedemset tysięcy i ani grosza więcej. Ja też mam limity.

Gruby odbił się od krzesła jak piłka i podskoczył radośnie do kolan dyrektora. Zdawało się, że zaraz przed nim uklęknie.

– Często pan wysyła personel na szkolenia? – zapytał Wrzask od niechcenia. – Posłałby ich pan do miasta, choćby do nas, do Warszawy, niech się trochę otrzaskają, trzeba ich też uczłowieczać. Pani przyjechałaby do nas na delegację, prawda? – zwrócił się do wychowawczyni w sukience żony Pawła.

– Oj! – zarumieniła się z radości. – Warszawa! Żebym mogła…

– Jak to? – zapytał sucho Wrzask. – Pan dyrektor ma obowiązek szkolić pracowników. Wydeleguje panią, jak będzie szkolenie dla pedagogów domów dziecka. Pani młoda, powinna się jeszcze pani wiele nauczyć. Tak, tak, przed młodzieżą cała przyszłość.

Klepnął wychowawczynię w plecy, aż kurz poleciał z sukienki.

– No, ale komu w drogę, temu czas! Wyjeżdżamy!

Nauczycielki utworzyły szpaler i przepuściły Wrzaska, Wilczka i Pawła do drzwi. Ostatni wyszedł gruby dyrektor domu, szepcząc coś do zaczerwienionej wychowawczyni. Znikli oboje w jakiś drzwiach.

Na dworze uderzyło ich świeże, mroźne powietrze. Wyjrzało słońce.

Nauczyciele popędzili w stronę autokaru, Wilczek i Wrzask skierowali się do samochodu.

– A pan dokąd? – zagadnął Wrzask Pawła, kierującego się do autokaru – pan jedzie z nami.

Paweł chwilę się wahał, ale pomyślał, że w końcu w tę stronę jednak jechał, więc…

Usłyszeli wołanie od wejścia budynku. Odwrócili głowy. Na progu stał gruby dyrektor z ładną wychowawczynią. Trzymali razem duży, podłużny, pakunek, owinięty w kilka warstw białego papieru. Pomagał im z wyraźnym wysiłkiem chłopiec, który chciał być milicjantem. Pozbył się już swojej tacy. Na dole pakunek zwężał się gwałtownie. Paweł zobaczył wystające stamtąd dwie różowe raciczki.

– Panie dyrektorze! – zwrócił się gruby do zdumionego Wrzaska. – Tu jeszcze drobny upominek dla pana dyrektora.

Wrzask rozejrzał się. Wiele osób wyglądało z autokaru, patrzył też Paweł i kilka osób, które jeszcze nie zdążyły przejść przez błocko.

– To dla mnie? Ależ to niepotrzebne, panie dyrektorze!  No, dobrze, przyjmuję, bo nic o tym nie wiedziałem, zanim przyznałem panu pieniądze. Państwo są świadkami, że nie ma przekupstwa.

Chóralnie odpowiedziano mu:

– Ależ skąd!

Wilczek nachylił się do Pawła.

– Ale mu się trafiło, co? Był przeznaczony dla Głupczyka, ale skoro tamten nie przyjechał…

– Panie Pawle… – Wrzask zrobił proszący gest.

Paweł podszedł pomóc mu włożyć pakunek do bagażnika. Spojrzał na wymykającego się z papieru prosiaka.

– Młody. Dobre, świeże mięsko – powiedział. – No i ładny grosz. Ile to może ważyć? Dwadzieścia, trzydzieści kilo? Licząc po sto dwadzieścia za kilogram…

Wrzask upychał świniaka w bagażniku.

– No i nie chce się zmieścić, cholera jasna. Więcej kłopotu niż pożytku…

– Panie dyrektorze – powiedział gruby – on jest przecięty na połówki, podzielimy, to się zmieści.

Rozwinął prosiaka, jedną część wręczył Pawłowi, drugą upchnął w poprzek między kołem zapasowym a karoserią. Paweł stał z oślizgłym, pachnącym krwią prosiakiem w ramionach. Miał przez chwilę wrażenie, że to zwłoki Głupczyka. Z jednej strony obrzydliwe, z drugiej jednak przyjemne.

Wrzask spojrzał na niego i roześmiał się.

– Do twarzy panu z tym prosiakiem. Wie pan co? Dla mnie całość to za dużo. Niech pan będzie tak dobry, przyjmie ode mnie tę połówkę. Pan, przyjaciel ministra, nie odmówi pan przecież.

Wilczek spojrzał na Wrzaska wściekłym wzrokiem. Paweł zauważył to.

– Ależ dziękuję, w żadnym wypadku, mnie się nie należy, proszę, tu dyrektor Wilczek byłby poszkodowany…

– Nigdy w życiu! – zawołał Wilczek. – Ja… ostatnio żona kupiła gdzieś na wsi całego świniaka, mamy dość mięska! Bardzo proszę nie robić przykrości panu dyrektorowi!

Paweł bezradnie trzymał połówkę świniaka. No i co, pomyślał, gruby nie weźmie z powrotem, ta ładna nawet go sama nie udźwignie, zresztą nie mogę oddać czegoś, co w końcu było przeznaczone dla Wrzaska. A temu oddać? To mi odrzuci jak piłkę. Wszyscy z autokaru obserwowali te scenę. Idiotyczna sytuacja, wygłupiłbym się.

Nic nie powiedział więcej, Wrzask przejął z rąk Pawła ślizgający się ładunek. Ułożył paczkę wzdłuż bagażnika, obok toreb z rzeczami.

– Dobrze, że tak zimno, nie zepsuje się, i tak ogrzewanie wysiadło – powiedział.

Pożegnali się z dyrektorem i wychowawczynią, chłopiec ulotnił się. Usadowili się w samochodzie. Wrzaskowi zły humor spadł z twarzy razem z trzaśnięciem drzwiczek. Usiadł z tyłu, obok dyrektorki domu dziecka z Pogórza, która musiała tu widocznie wsiąść wcześniej. Kurator gdzieś zniknął. Paweł usiał obok Wilczka, który nadal prowadził.

– Diabli by go wzięli – żachnął się Wrzask, przekręcając kluczyk. – Wycyganił w końcu te pieniądze. Człowiek ma takie miękkie serce dla tych wszystkich sierot! No, prędko do Warszawy, Wilczek, dość tej poniewierki, trzeci dzień tracę. Widział pan, jaki bezczelny typ? I tak połowę z tego ukradnie. Ta willa w głębi za ogrodem zakładowym, to za co on ją buduje? Za te pięć osiemset pensji? Plus to, co ukradnie ze stołu? Jeszcze dopłacał przedsiębiorstwu budowlanemu, żeby przy remoncie były usterki, bo mógł teraz wycyganić dalsze fundusze. I człowiek musi tu tyle forsy przyznać, żeby i willę wykończył, i coś dla tych sierot zostało. Ja ich znam, psie nasienie! Skurrrr…!

Paweł widział kątem oka, jak dyrektorka z Pogórza sadowi się i mości obok Wrzaska. Rozpięła kożuszek, a Wrzask odwrócił się do niej całym ciałem. Czuł wzrastający wstręt do tego człowieka. Po co przyjąłem to ścierwo, co ja z tym teraz zrobię? Pocieszało go tylko to, że nadal nienawidzi Wrzaska i całej jego paki, brzydził się nimi. Po chwili pomyślał o żonie, o córce, tak dawno nie jedli świeżej wieprzowiny; teściowa może zapekluje szynkę, będzie akurat na święta, a żona mu zawsze wyrzuca, że taki niezaradny, nie potrafi nic dodatkowo załapać, nawet nie wie, że mogłaby to wszystko mieć przy Głupczyku, ale za jaką cenę, nie wie, że Paweł uchronił ją przed płaceniem tej ceny. A on – no, rzeczywiście, ledwie mu się korepetycje udało złapać, a i to kolega mu ustąpił.

Zresztą, pomyślał, prosiak stworzenie apolityczne, a lepiej już, żeby Marzenka go zjadła niż wypasione bachory dyrektorskie.

Wilczek zapuścił silnik. Z autobusu wychylił się kierowca i krzyknął w kierunku samochodu dyrektorów:

– Dokąd?

Ostatni uczestnicy sympozjum brnęli do autokaru w żółtej, częściowo tylko zamarzniętej glinie, przemieszanej z wapnem i żwirem. Skakali przez kałuże, usiłowali przedostać się na kamienie. Nogi mieli coraz bardziej upaprane błockiem. Paweł z ulgą pomyślał, że zaoszczędzi butów. „No, ja się przynajmniej nie uświniłem”, pomyślał. Wrzask przyglądał się całej scenie przez chwilę, wreszcie roześmiał się.

– Właśnie, dokąd? – zapytał Wilczek.

– Mieliśmy jechać do Ostrowic, to ten drugi zakład. Z izbą pamięci, czy jakoś – powiedziała dyrektorka z Pogórza.

– Do Ostrowic! – Wilczek wychylił się przez okno w stronę autokaru. Autokar ryknął silnikiem, ostatni guzdralscy wskakiwali co prędzej. Ruszył z niedomkniętymi drzwiami, na których zawisła na chwilę jedna z kobiet. – A my?

– Na razie jedź pan za nim do skrzyżowania, dalej zobaczymy – powiedział Wrzask, z uwagą przyglądając się, jak mężczyźni w autokarze wciągają do środka kobietę. Zadarła sobie spódnicę i widać było podarte pończochy z werżniętymi podwiązkami na udach. Błysnęły różowe majtki, potem drzwi autokaru zatrzasnęły się.